cały czas myślę o jedzeniu

Proteinowe pankejki z Instagrama

Przyznam, że zabierałam się do tego wpisu od bardzo długiego czasu. Narastał we mnie pewnego rodzaju gniew i nie wiedziałam, w jaki sposób o nim napisać. A wszystko poszło o „niewinne” pankejki z Instagrama.

Czy zauważyliście wysyp cudownych zdjęć pankejków (czyli grubych naleśników polanych syropem klonowym, serwowanych co rano przez amerykańskie mamy) na Instagramie lub Facebooku polanych super świetnym syropem zero? Są ich już tysiące, a wrzucają je osoby mocno pracujące nad swoją sylwetką.

Nie powiem… kuszą mnie te wszystkie zdjęcia, ale gdy tylko czytam przepisy, to mi się odechciewa: większość oparta jest o odżywki białkowe (nic do nich nie mam, ale raczej nie lubię i nie stosuję) plus syrop zero. Ehh…

Ale od początku.

Lubię jeść…jedzenie daje energię do życia, działania i tworzenia. Jest ogromną, czasem wręcz narkotyczną przyjemnością, lecz gdy zaczynamy się nad nim za bardzo skupiać staje się naszym wrogiem.

Przyznam się – przeszłam w życiu wiele diet różnego rodzaju. Wszystkie były głupie i niepotrzebne – Dukan, liczenie kalorii, nie więcej niż 1xxx kcal, bez tłuszczu, ostatni posiłek o 18, bla bla bla. Żadna z nich nie doprowadziła mnie do upragnionego celu. To, do jakiego stanu doprowadziłam własną głupotą swój organizm jest straszne i teraz naprawiam tego skutki. Gdybym mogła cofnąć czas o kilkanaście (!) lat… My kobiety tak mamy – wiecznie nie zadowolone z siebie, wymagające za dużo, na już, na teraz, na wczoraj. Za mały tyłek, za duży tyłek, wystający brzuch. Za mało pokory i szacunku do własnego organizmu.

Proteinowe pankejki

Obecny wysyp zawodniczek bikini fitness sprawił, że pokochaliśmy siłownię – przerzucamy ciężary, najpierw jesteśmy na masie (żeby poprawić barki), potem redukujemy. I tak w kółko… A ci, którzy nie mają się czego wstydzić najbardziej zastanawiają się czy ich obecna forma (six pack, wielkie bicki, itd.) nadaje się na plażę czy może przydałaby się jakaś redukcja….

Obserwuję z ciekawością pewne osobliwości na portalach społecznościowych i sama się nie mogę nadziwić czemu ludzie to sobie robią za własne pieniądze. Miliony proteinowych pankejków, oblanych syropem zero, aby oszukać własne pragnienia i żeby rozkład makro się zgadzał. Bikini fitness rządzi się swoimi prawami, które jako była tancerka szanuję i rozumiem, ale z własnego doświadczenia wiem jak chore potrafi być.

Czemu o tym w ogóle piszę – czy zaszkodzi mi taki naleśniczek z niewinnym sosem, który ma przecież tak mało kalorii? Przecież po to go stworzyli, aby jeść słodkie i nie rujnować sylwetki!

Sylwetki może nie zrujnuje, ale czy na pewno zdrowie nie ucierpi? To wciąż słodycze, tylko sztuczne.

Czy czytaliście kiedykolwiek skład tych syropów? Nie zastanowiły Was takie składniki jak:

  • sukraloza
  • karmel amoniakalny (E150c)

Produkty te stosowane są i bardzo często wręcz polecane przez wielu trenerów fitness, którzy owszem, mają pięknie zbudowane sylwetki, ale czy długofalowe skutki używania takich specyfików są znane? Czy tak ważne jest, że tylko makro musi się zgadzać? A co z mikro???

Serio, jeśli z ręką na sercu pracujesz nad sylwetką, zjedzenie od czasu do czasu polewy z prawdziwej, dobrej czekolady albo miodu nie wyrządzi Ci ŻADNEJ krzywdy. Lepiej – będziesz zdrowszy/ zdrowsza, bo w obu zaproponowanych produktach więcej jest zdrowych witamin i minerałów niż szkodliwych kalorii!

Mam wrażenie, że znów idziemy w kolejną skrajność – unikamy jednych produktów, zastępując je syntetycznymi tworami, byleby tylko zgadzało się makro, a smak był sztos bez wyrzutów sumienia. Znowu zapominamy, że jedzenie ma nas odżywiać i brakuje w tym wszystkim podstaw – ciągle jakieś dodatki, zastępniki, itd.

Jedzeniowa obsesja

Życie podporządkowane treningom i jedzeniu. Tak! Z jedzenia zrobiono ostatnio jakiś nowy kult religijny! Jeśli poobserwujecie takie osoby, to każda z nich mówi „ja już po treningu, lecę teraz w końcu coś zjeeeśćććć!” i „cały tydzień czysta micha, to w sobotę wjedzie ZASŁUŻONY cheat meal (bardzo często jest to najgorszy syf, do jakiego w życiu nie chciałabym już nigdy wrócić)”.

Nie będę się wypowiadać na temat oszukanych posiłków, bo gdy sama jem coś poza domem, to jest to dla mnie po prostu posiłek poza domem – lepszy lub gorszy – zależnie od miejsca – wybieram jednak coś, co w przypadku osoby z różnymi zaburzeniami metabolicznymi nie zrobi większej krzywdy niż jest to warte.

Nie wiem co Estera zrobiła mi z głową, gdy kazała jeść „tony” owoców, ale jakaś klapka w mózgu się otworzyła i przestałam wariować. Co więcej – przestałam się ważyć, co kiedyś robiłam nagminnie 3 razy dziennie (tak z ciekawości hahaha). Mam momenty, w których nie potrafię „opanować” jedzenia – jem co chcę i lubię, aż…trzymajcie się krzesła…przestanę być głodna! 😛 Nie wyliczam już wagi, makro. Jednak chipsów i ciastek nie zobaczycie. W takich momentach mam wrażenie, że mój organizm mówi mi, że tak go wyniszczyłam, że on teraz potrzebuje dużo więcej, aby to wszystko odbudować i lepiej żebym z tym nie walczyła.

Wracając do kultu jedzenia. Tak – jest przyjemne, jest konieczne, ale na Boga – opanujmy się trochę! Czy nie możemy prowadzić zdrowego trybu życia, ćwiczyć dla przyjemności, a nie po to żeby wyrównać proporcje między barkami a pośladkami, jeść zdrowo cały czas, a występki w postaci zjedzonej od czasu do czasu całej tabliczki czekolady potraktować z przymrużeniem oka?

Obsesja związana z wyczekiwaniem zasłużonego cheata, fanatyzm jeśli chodzi o pory jedzenia, zastępowanie słodyczy ich proteinowymi odpowiednikami, to nie jest dla mnie zdrowy styl życia. To zastępowanie syfu innym syfem (przypatrz się na skład i poczytaj o odpowiednikach cukru typu sukraloza, po to aby „bezkarnie” jeść codziennie słodycze). To kolejne po anoreksji i bulimii zaburzenie odżywiania. Przeginam? Może, ale tak to odbieram. A co jeśli nie przeginam i mamy już epidemię osób z zaburzeniami odżywiania?

Gdy idziesz do rodziny na urodziny, to ten kawałek tortu na prawdę musisz traktować jako cheat meal? Nie możesz po prostu zjeść i cieszyć się chwilą,? Poprosić o dokładkę jeśli było smaczne i zapomnieć? Nie roztrząsać ile teraz musisz obciąć swoją dzienną rację pokarmową lub wykonać dodatkowych treningów? Ja zaczęłam (w końcu!) tak robić. Zjadam, przekraczam dawkę cukru jaką jestem w stanie zjeść i zapominam, bo wiem, że długo tego nie powtórzę. Nie robię dodatkowych treningów, nie głodzę się – wracam do swojej zdrowej normy.

Czy nazwiesz to cheat mealem? Może, whatever, nie zastanawiam się nad tym. Ty za to zastanów się czy dążenie do idealnej sylwetki musi odbywać się kosztem zdrowia psychicznego. Czy nie można jakoś tak normalniej? Czy serio trzeba sobie aż tak bardzo komplikować życie? Quo vadis człowieku? Istoto ponoć najbardziej rozumna na tym świecie.

Comments

comments

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *