Moja historia zdrowego żywienia

Dzisiaj trochę o moim “zdrowym odżywianiu”, czyli co musiałam przejść, żeby trafić tu, gdzie jestem…


Ja, jak każda nastolatka i Ty pewnie też, stosowałam różne przedziwne diety, żeby stracić kilka kilogramów. Z racji tego, że trenowałam taniec, czułam dużą presję na utrzymanie szczupłego ciała – nie ważne w jaki sposób, zdrowy czy nie – po prostu musiałam być szczupła.
Uwierzcie mi, że przeszłam chyba wszystkie możliwe kombinacje diet – nie jadłam chleba, potem węglowodanów, najdłużej chyba tłuszczu, przeszłam nawet przez Dukana (tego nawet nie będę komentować), aż w końcu dotarłam do tzw. zdrowej diety, na podstawie ogólnie panującej PIRAMIDY ŻYWIENIOWEJ, ehhh….

Podstawę stanowił wtedy tylko ciemny, razowy, ziarnisty chleb, razowe makarony.

Co z białej mąki powstało, w koszu lądowało 😛 potem do tego dodawałam warzyw, jakiś owoc, sporo nabiału i MIĘSO – bo bez mięsa przecież nie miałabym sił, żeby ćwiczyć. Oczywiście to taka ironia z mojej strony, bo owszem, białko jest potrzebne, ale siły do ćwiczeń z niego nie czerpiemy. Przyznam szczerze, że to były trzy ciężkie lata mojego życia – wieczne pryszcze, bóle brzucha, łuszcząca się skóra – wszystko tłumaczyłam stresem i nadmiarem makijażu turniejowego…

W pewnym momencie zaczęłam podejrzewać, że winowajcą tego wszystkiego jest zdrowe, ale że nikt mi nie wierzył więc temat ciągle odkładałam. W końcu trafiłam do dobrego dietetyka w Zgorzelcu i dzięki Esterze z Shen Harmony trafiłam na dobre tory. Pomogła mi przejść na poprawny wegetarianizm (czyli nie tylko zielone badyle i energia słońca), usunęła z diety najpierw gluten, a potem też nabiał. Pierwszy miesiąc zakończył się złażącą z całego ciała skórą, milionem pryszczy i w ogóle masakrą, ale było lepiej…

W zeszłym roku trafiłam do kolejnej cudownej osoby, tym razem w Jeleniej Górze. Dzięki Renacie odkryłam co jeszcze we mnie siedzi i choć temat jest nieprzyjemny i się o tym nie mówi, to były to pasożyty i przerost grzybów Candida. Chyba od tamtej pory wzięłam się konkretnie do pracy nad swoim menu, eliminując całkowicie biały cukier, ograniczając owoce i nie pozwalając sobie na skoki w  bok do glutenu. Oczywiście, potknięcia się zdarzały, ale rzadko. Były za to bardzo bolesne w skutkach.

Dziś jestem w miejscu, z którego tak naprawdę mogę wracać do zdrowia. Przeszłam gruntowne, 6-tygodniowe oczyszczanie na diecie dr Dąbrowskiej. Liczę, że rozregulowane przez lata unikania tłuszczu (tak, TŁUSZCZU, dobrze czytasz) hormony, wrócą na swoje miejsce. Oprócz ubocznego stracenia kilku kilogramów, mam cerę lepszą niż nastolatka (mimo, że nigdy nie miałam trądziku), nie wypadają mi włosy, mam siłę do życia i pracy (wstaję o przed 6 i jestem w ruchu do godz. 22-23).
Aktualnie jestem weganką (testy alergiczne pokazały, że nie mogę jeść glutenu, nabiału, mleka oraz kilku rodzajów mięs i ryb, których i tak już nie jadłam), ale póki co tylko jedzeniową – wciąż noszę skórzane wyroby – przepraszam :/

Moja piramida żywieniowa jest dużo inna, niż ta promowana. Podstawę stanowią warzywa, do tego trochę kasz i ryż (chleby piekę raczej sama – nie kupuję tekturowych wyrobów bezglutenowych) oraz warzywa strączkowe, później dopiero owoce i różnego rodzaju pestki i orzechy. Na samej górze jest odrobina cukru – najczęściej jest to ksylitol lub stewia – do tego suszone owoce.
Polubiłam gotowanie – jest dla mnie frajdą, pod warunkiem, że nie trwa długo 😛 Robię mleka roślinne i orzechowe, kaszę jaglaną przerabiam wzdłuż i wszerz, ślinka mi cieknie na widok świeżych warzyw, no i zaczynam robić przetwory. Szaleństwo totalne!

Ale coś w tym szaleństwie jest, bo widzę efekty i wierzę, że dietą można wiele zdziałać. Tobie też życzę takiego szaleństwa. Jeśli borykasz się z podobnymi problemami, to drąż temat, bo naprawdę warto 😉

Comments

comments