Mój nowoczesny patriotyzm

Temat ten wraca do mnie jak bumerang za każdym razem, gdy robię zakupy.
Nie zrozum mnie źle.. nie chcę nikogo urazić. Po prostu naszło mnie parę myśli, którymi chciałabym się z Tobą podzielić.Uwielbiam jeść tak bardzo, jak uwielbiam podróżować. Kocham poznawać obce kultury poprzez zwiedzanie muzeów, jak i próbowanie miejscowej kuchni.
To, co najbardziej mnie fascynuje w takich krajach jak Grecja, Włochy czy Hiszpania, to fakt, że ci ludzie tak bardzo chwalą się swoim jedzeniem i swoimi produktami.

Czasem mam wrażenie, że jako naród miewamy jeszcze momenty, w których wstydzimy się naszych produktów i potraw. Uwielbiamy kuchnię włoską czy japońską, zapominając trochę o tym, jak wspaniałe mamy jedzenie.
Naszym daniem narodowym stała się pizza, kebab i sushi.
Nie powiem… schabowych z bigosem nie jadam, ale staram się doceniać inne rzeczy, które mamy na miejscu – kasze, wspaniałe pomidory, czereśnie….

Zachłysnęliśmy się trochę egzotycznymi produktami, nazwanymi przez świat marketingu “superfoods”- komosą ryżową, nasionami chia czy jagodami goji, które też od czasu do czasu jadam, ale są dla mnie zdecydowanie za drogie i nie do końca ufam, że są takie ach i och!

Nie oceniam nikogo przez pryzmat tego, co kupuje, ale gdy słyszę, że zdrowe jedzenie jest bardzo drogie to niestety chce mi się trochę śmiać…
Odkąd w naszym domu jest tylko to tzw. zdrowe jedzenie, dziwnym trafem wydajemy na nie mniej niż kiedyś. Dlaczego? A no dlatego, że staram się kupować produkty sezonowe, a jeśli są do tego jeszcze regionalne, to jestem wniebowzięta. Nie kupuję na siłę owoców egzotycznych, gdyż wolę nasze polskie jabłka czy śliwki, o truskawkach już nawet nie wspominam <3
Zamiast nasion chia wybieram nasz polskie siemię lniane, a komosę ryżową najchętniej zastępuję naszą cudowną kaszą jaglaną.

Staram się wspierać polskie produkty i w ten sposób polską gospodarkę – robię tak, jak to robią Włosi – oni najbardziej na świecie kochają swoje makarony, pomidory i oliwę. Czemu MY mamy być gorsi?

Z drugiej strony niezmiernie się raduję, gdy widzę jak powstają malutkie sklepiki z regionalną żywnością, domowej roboty chlebem na zakwasie (co raz częściej też bezglutenowym), przetworami czyjejś cioci lub babci. Uwielbiam te malutkie knajpki, gdzie możesz wypić dobrą herbatę z polskich ziół (ale również i zieloną, białą, czerwoną i każdą inną istniejącą), zjeść nierówne ciastko owsiane z żurawiną i orzechami i porozmawiać z fajnymi ludźmi. Cieszą mnie małe sklepy z rękodziełem, małe browary serwujące polskie regionalne piwa i to, że ludzie co raz częściej wybierają takie miejsca

Coraz mniej bawią mnie ogromne zagraniczne sieciówki, zarówno jedzeniowe, jak i zakupowe. Nie jest to jakiś wymuszony przeze mnie bunt, tylko potrzeba wspierania tego, co jest mi najbliższe.
Co by było gdybyśmy tak wszyscy, na złość pędzącemu światu i otaczającą nas ilością zagranicznych marketów i fast-foodów, wybrali te mniejsze, polskie? Czy gospodarka byłaby na innym poziomie? Czy stalibyśmy się bardziej otwarci i szczęśliwsi?

Nie wiem, nie potrafię odpowiedzieć na to pytanie. Jest tylko jeden problem – niestety te cudowne małe sklepiki są wciąż bardzo drogie 🙁 Myślę, że dopóki nie zmienimy swojego podejścia do kupowania ogromnych ilości jedzenia i przede wszystkim przestaniemy tak dużo go wyrzucać, to jest szansa, że ceny w tych sklepikach spadną.
To tylko takie przemyślenia ekonomistki kochającej tańczyć i gotować 😉
Chętnie za to wysłucham Twojego zdania.

Comments

comments