Jem jak koń, a nie czuję się jak słoń. Czyli o porcjach słów kilka

Czy zauważyliście ostatnio modę na pokazywanie wielkości swoich posiłków? Panie prześcigają się, walcząc o uwagę innych, która zje więcej. Zrobiły się z tego jakieś zawody albo nie wiem co, ale przestaję powoli to rozumieć. Dziś trudny dla mnie wpis, ale bardzo potrzebny również i dla Was.

Porcje a postrzeganie siebie

Całe swoje życie zmagałam się z wielkością swoich porcji jedzenia. Raz słyszałam, że nic nie jem (z czego oczywiście byłam bardzo dumna), innym razem jak jadłam, że „ktoś tu ma niezły spuścik” (z czym było mi źle). Żyłam w jakimś przekonaniu, że porcje, które zjadam znacząco wpływają na postrzeganie mnie przez inne osoby. W ten sposób zrodziły się jakieś pewne zaburzenia oraz miliony kolejnych diet, po to, aby dopasować się do jakiś kanonów i w końcu poczuć się ze sobą dobrze.

Uwierzcie mi, przeszłam na prawdę bardzo dużo, jeśli chodzi o diety – od Dukana, wegetarianizm, weganizm, po nadmierne ćwiczenia i małe ilości jedzenia. Przeszłam nawet post dr Dąbrowskiej, który oczywiście skupiał się po raz kolejny na tym, co najmniej istotne, czyli wadze, zamiast na zdrowieniu.

Chyba musiałam dojść do ściany, aby zrozumieć, że tak się po prostu nie da już żyć – ile lat można sobie na siłę wmawiać, że już nigdy nie zjem czegoś tam lub, że moje porcje powinny być określonej wielkości, a ja jestem potwornym żarłokiem, że nie potrafię się tego trzymać.

Wróciłam do samego początku, czyli 3 lub maksymalnie 4 posiłków dziennie, gdy wyszło, że mam insulinooporność (tak na marginesie – przyplątała się najprawdopodobniej przez moje wieloletnie wydziwianie). Wcześniej wyszły nietolerancje, o których już wiecie – mleko i gluten.
Wróciłam do mięsa, choć na początku było bardzo ciężko. Teraz zastanawiam się dlaczego, skoro zawsze je lubiłam – prędzej jako dziecko zobaczylibyście mnie z kiełbasą w ręku niż ciasteczkami.

Owszem… trzymam się obecnie zasad Paleo. Moje posiłki są „czyste”, proste i bardzo sycące, a co za tym idzie – mój brzuch jest szczęśliwy, myśli spokojniejsze, a ciało powolutku się zmienia w kierunku, w którym już dawno powinno – silne, jędrne i zadbane. Czytam ostatnio „Historię wewnętrzną” dotyczącą jelit – fascynująca, świetnie napisana książka, w której potwierdzam to, co instynktownie robi mój organizm. To co się dzieje w naszych głowach w ogromnym stopniu zależy od tego, jak czuje się nasz brzuch. Polecam lekturę dla bardziej i mniej świadomych 😉

Wracając do porcji

Wmówiono nam kobietom, że musimy być drobne, delikatne i jeść jak ptaszki, całe życie będąc na sałacie i wodzie, jedząc co najwyżej 1500 kcal, a najlepiej jeszcze mnie.Ale czy to prawda? Czy jest ktoś, kto jest w stanie w ten sposób funkcjonować przez dłuższy czas? Pracujemy (umysłowo lub fizycznie), zajmujemy się domem, rodziną, chcemy ćwiczyć i mieć siłę na wszystko, a na talerzu znajduje się mikro porcja owsianki lub sucha sałata z odrobiną kurczaka. Serio? NIGDY, nigdy więcej sobie tego nie zrobię!

Wciąż przyzwyczajam się do tego, jak patrzą na mnie znajomi gdy widzą moje „ogromne porcje” jedzenia, czyli spory kawałek mięsa i mnóstwo warzyw, itp. Gdy idę do restauracji i zamawiam taką samą porcję co mój mąż (on zjada dodatkowo jakieś ziemniaki, ryż – ja nie), to kelnerki patrzą się i pewnie myślą sobie, że jestem nienormalna, bo nie wzięłam sałatki z kurczakiem jak większość. Ale szczerze? Co mnie to obchodzi.

Ile je normalny człowiek

Normalny, zdrowy człowiek je tyle, ile podpowiada mu organizm (pod warunkiem, że działa sprawnie i jest zdrowy!) – dla mnie są to 3 spore porcje jedzenia i może 1 mała przekąska wieczorem (wszystko zależy czy danego dnia ćwiczę albo czy siedzę dłużej). Przestałam już liczyć kalorie, bo kto je tak na prawdę zliczy? Średnio licząc jem pewnie ok. 2000-2300 kcal (chyba) i dobrze mi z tym (kobieta pracująca fizycznie musi jeść WIĘCEJ! Ja mam pracę siedzącą więc tyle mi wystarcza). Nie liczę makro – jem 2 posiłki białkowo-tłuszczowe, w kolejnych pojawiają się węglowodany, po których dużo lepiej śpię. Najważniejsza jest zawsze JAKOŚĆ jedzenia, bo kaloria kalorii nie jest równa i nasz organizm inaczej reaguje na porządnego steka z warzywami, a inaczej na pizzę.

Problemem większości osób jest jedzenie zbyt dużej ilości węglowodanów – nawet tych super zdrowych kasz, fit kanapeczek, itp.  Jeśli nie jest się zawodowym sportowcem lub nie trenuje się jak szalony, to ilości jakie zaleca nam typowe podejście dietetyczne jest moim zdaniem bardzo błędne. Z autopsji znam to błędne koło – rano owsianka/jaglanka, za dwie godziny owoce, potem obiad + kasza, później koktajl owocowy i na kolację pieczone bataty. Efekt? +5 kg na wadze, które wciąż nie chcą zejść.

Nie trenuję zawodowo więc i węgli nie potrzebuję mieć w każdym posiłku. Ćwiczę ok. 3 razy w tygodniu (+ rower, jako środek transportu do pracy) – ostatnio są to 25-30 minutowe treningi interwałowe (skakanka, burpees, itp.). Dają w kość – jestem zapocona, zmęczona, ale też są na tyle krótkie, że nie mam wymówki, że mi się nie chce! To tylko 4 serie 5-ciu ćwiczeń więc bez przesady 😉 Ułamek całego dnia!

Nie zależy mi już na tzw. redukcji – chcę czuć się i wyglądać dobrze cały rok – do tego nie potrzeba liczenia makroskładników tylko zdrowy rozsądek. A żeby go mieć, trzeba najpierw poukładać dietę i myśli.

Kontrola

Lubię sobie śledzić różne portale społecznościowe – na Instagramie kobiety prześcigają się, pokazując która zjada więcej. Wcześniej pokazywały kontrolowane mikro porcje, teraz pokazują kontrolowane i wyliczone, z tym, że są to już duże porcje. Kontrola jak była, tak jest dalej 😉 Do tego wchodzą wyliczone i zaplanowane cheat meale – kolejna forma kontroli i dziwne odejście od naprawiania swoich przyzwyczajeń żywieniowych.

Zdrowe odżywianie polega na tym, że nie masz zachcianek na przedziwne rzeczy – serio! Moje fazy na pizzę i chipsy skończyły się kilka miesięcy temu. Gdy już mam je pod ręką – albo zjadam, bo po prostu mam ochotę (a nie wilczy głód i spazmy) albo świadomie nie jem i wybieram coś innego. Obiadów na mieście nie nazywam cheat mealami, bo wciąż są zdrowe i normalne. Deserów też nie jadam codziennie, bo po co? Nawet jeśli są zdrowe i „fit”. Po prosu potrzeba zjedzenia słodkiego spadła do minimum.

Widzę zależność zły dzień – ochota na dziwne żarcie. Wczoraj był taki dzień. Za krótko spałam, byłam zmęczona, miałam zły dzień i chciałam pożreć wszystko i wszystkich. Zjadłam grillowaną karkówę i kapustę kiszoną i co? Przeszło. Brzuszek był szczęśliwy, to i zrobiłam się milsza dla otoczenia. Tak niewiele wystarczyło.

Zdrowie zaczyna się od jedzenia

Jestem po lekturze książki „Zdrowie zaczyna się od jedzenia” M. Hartwig, która bazuje na diecie Paleo, ale na 30 dni wywala wszelkie rodzaje słodzików i Paleo wersje naleśniczków, pizz, itp. po to, aby naprawić swoje stosunki z jedzeniem, a przy okazji zacząć uzdrawiać swój organizm. Moim skromnym zdaniem bardzo wartościowa pozycja dla wielu osób. Zasady można stosować na co dzień lub jako reset dla umysłu i ciała. Polecam wszystkim, którzy nie wiedzą jak zacząć, a boją się wizyty u dietetyka.

Podsumowanie

Każdy z nas jest inny i różni nas dosłownie wszystko – ilość snu, tryb pracy, nawet sposób chodzenia (wolny/szybki) czy bakterie, które zasiedlają nasze jelita. Zapotrzebowanie kaloryczne jest bardzo indywidualną sprawą, którą trzeba wyczuć i nauczyć się bardzo dokładnie słuchać tego, co mówi nam organizm. Dla jednego będzie to Paleo, dla innego weganizm, ktoś inny będzie się czuć świetnie na 8-1-1. Ale żeby się tego nauczyć potrzebna jest wiedza. Swoją zdobywam od kilku ładnych lat i wciąż uczę się na błędach. Jeśli szukacie na prawdę dobrego dietetyka, a przy okazji terapeuty, który jak trzeba to kopnie w cztery litery, to z całego serca polecam kontakt z Esterą Barrek. Bez zbędnego wydziwiania, do rzeczy i bardzo profesjonalnie. To, co ta kobieta ze mną zrobiła, to mistrzostwo świata, za które chyba do końca życia się nie odwdzięczę!

Comments

comments

2 przemyślenia nt. „Jem jak koń, a nie czuję się jak słoń. Czyli o porcjach słów kilka”

  1. Świetny wpis – od stycznia zaczęłam trenować z trenerem, zmieniłam dietę i w efekcie z końcem lutego zaczęłam być na paleo, nie wiem czy mam nietolerancje – brak glutenu w diecie i sporadycznie nabiał (jogurt grecki) to mój świadomy wybór, ale popadłam w pewnym momencie w szał liczenia kalorii i makro, oby węgli nie było za dużo, byleby nie przekroczyć 100g białka dziennie. Ale zaczęłam sama się zastanawiać czy to jest właściwe. Twój wpis jeszcze bardziej uświadomił mnie w tym, że intuicyjne jedzenie, 3 porządne posiłki w ciągu dnia to najlepsze podejście, bez spinania, bez zastanawiania się i przede wszystkim bez liczenia.

    1. Witaj! Dziękuję Ci za podzielenie się kawałkiem swojej historii. Zainspirowałaś mnie do napisania kolejnej części, za co bardzo Ci dziękuję. 🙂
      Pozdrawiam
      Asia

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *